czwartek, 20 listopada 2014

Nowy rekord w godzinnej jeździe torowej w czasie poniżej godziny!


"Wielu kolarzy ma jedną nogę silniejszą niż drugą. Jens każdą z nóg ma silniejszą od drugiej"

http://cdn.velonews.competitor.com/files/2014/09/52.jpg

We wrześniu miało miejsce wielkie wydarzenie w świecie kolarskim. Po kilkuletniej przerwie, pojawił się śmiałek gotowy pobić rekord godzinnej jazdy torowej. Jest to jedna z najstarszych myśli dotycząca przekraczania granic wytrzymałości ludzkiego organizmu. W wydaniu kolarskim, charakteryzuje się ona ustanowieniem najszybszego czasu mierzonego przez okrągłą godzinę, na równie okrągłym, a może i jajowatym torze kolarskim. W tym roku mieliśmy szanse zobaczyć ją w wykonaniu śmiałka wywodzącego się z germańskiej krainy – Jensa Voigta!

Jens to nie byle jaki kolarz, już w 1994 r. jeszcze jako amator - wygrał wyścig pokoju.  Ponadto na swoim koncie ma: trzykrotne zwycięstwo w  Critérium International, etapową wygraną w Tour de France, zwycięstwo w jubileuszowym 65 Tour de Pologne, a także wygraną w plebiscycie na najlepszego niemieckiego sportowca roku 2005! Szukając informacji o tym jakże utalentowanym kolarzu natknąłem się na taki info: Podobno ludzie noszą piżamy z Supermanem, Superman piżamę z Chuckiem Norrisem a Chuck Norris z Jensem Voigtem. Coś w tym jest, ponieważ do jego najważniejszych zadań należało nadawanie tempa, gonienie ucieczek, czy choćby ochrona lidera przed wiatrem, a z „usług” Jensa korzystało wielu utalentowanych kolarzu, choćby Ullrich podczas Igrzysk Olimpijskich w Sydney.

Wszystkie znaki na niebie i w fusach od herbaty wskazywały na to, że człowiek potężniejszy od samego Chuck’a Norris’a pobije rekord na szwajcarskiej arenie Grenchen. UCI zezwoliła na użycie maszyny produkcji U S A marki Trek, wraz z pełnymi kołami, specjalnej nowoczesnej aerodynamicznej ramie, a także aerodynamicznej wersji lemondki.

Z takimi nazwiskami, znanymi w szczecińskim, a nawet polskim świecie rowerowym jak Dariusz Szatkowski (Prezes Sznfixed) oraz Maciek Eiding (Prezes Gruby Kolarz) udaliśmy się do jakże prestiżowego szczecińskiego lokalu Seta i Galareta, który podjął się we współpracy z satelitami NASA, organizacji relacji „na żywo”. Frekwencja była ogromna. Piwo rewelacyjnie zimne, ekran wielkości 32”, aż nadto wielki dla naszej trójki przy vipowskim stoliku tuż przed samym ekranem (na którym, zmieściło się chyba z 8 kufli od piwa). Emocjonujący wyścig z czasem i przeciwnościami losu, głośno komentowany w oparach dymu papierosowego, zresztą nie przez małą ilość ludzi w ogródku piwnym wcześniej wspomnianego lokalu, śledziliśmy od pierwszego okrążenia do ostatniego tylko MY. Kurwa serio, nie wiem, co z tymi ludźmi nie tak?  Ale wydaje mi się, że chyba nie skumali że tor jest okrągły a Jens spierdala w pocie czoła, pleców i dupy przed nie ubłagalnie cykającą wskazówką sekundnika. 

Stało się jak się miało stać (no bo co mogło by wyniknąć innego jak posadzili człowieka większego od Chucka na rowerze zupełnie nie przypominającym maszyn z ery Merckx’a) – Jens wykręcił 51,155km! Istniały pewne obawy, że Voigt ustanowi rekord jazdy godzinnej w czasie krótszym niż godzina, lecz widać był dla nas łaskawy. W przypływie euforii, godnie uczciliśmy sukces Jens’a i skończyło się to małym oktoberfest’em w Stojakach.

Niestety pewien bliżej nieznany nikomu pastuch, rodem prosto z Austrii, wykorzystał łaskawość naszego bohatera i rzucił się na bicie rekordu. 30 października tego roku, pokonał Voigt’a o 737m. Był to występek na tyle żenujący, że nikt z tego doborowego towarzystwa, nie miał ochoty ani czasu, aby poświęcić 60 drogocennych minut oraz wielu setek kolejnych na świętowanie tego podłego czynu, a więc nie ma o czym dalej pisać! 

Chwała JENS!

środa, 19 listopada 2014

New experience.


Jak w kolanie dzieją się złe rzeczy i człowiek nie może biegać, a przy dłuższej jeździe na rowerze, moment kiedy wróci do biegania znowu się oddala, to sobie przypomina, że gdzieś tam w internetowym świecie założył sobie bloga - internetowy pamiętnik, czy internetowe lustro do którego może sobie poklikać.


Było dużo biegania, za mną 3 starty  i całkiem niezły wynik na 10km - powtórzę na trzeźwo dzięki Frason*! ( o ile to czytasz) Ale żeby nie było, moje życie rowerowe nadal jest na wysokim poziomie, w domu 3 rowery, praca niby kawiarnia, ale w niej ciągle sprawy około-rowerowe i najbardziej rowerowe - chlanie i imprezy! 



Poza tym, w Szczecinie, tym smutnym szarym, industrialnym mieście, które pewnemu rudzielcowi skojarzyło się z Mordorem (dzięki Maciej za opowieść) - mam bliziutko do Niemców i już czekam na zimę i śnieg i minusy, co to by znowu dać upust moim sadomasochistycznym upodobaniom i znowu pojechać se 150km do Świno.



Mógłbym pisać więcej, ale kogo tam interesują pijackie czy trzeźwe wyczyny, muszę spiąć dupę i pojeździć więcej, btw. muszę nawet skończyć mgr. ale chuj tam, notka ta jest po to żeby reszta świata dowiedziała się, że moje wyspiarskie ego dobrze czuje się w rowerowym i zielonym Szczecinie. Sorry Poznań.

Elo.

P.S. Niedługo naskrobię sprawozdanie z emocjonującego śledzenia bicia rekordu Jensa Voigta!
P.S2. Tak przeglądałem zdjęcia, które chciałem zamieścić do tego postu i postanowiłem polizać dupę, w szcz, jest świetna ekipa rowerowa z którą oprócz tego chlania i robienia im kanapek w mojej pracy, można zawsze pośmigać, do krwi czy nawet pęknięcia obręczy a co!



* Z tym się wiąże całkiem śmieszna opowieść o moim bieganiu. Tak w skrócie, kiedyś u Frasona nocowali jacyś rowerzyści, co to wybrzeżem chcieli sobie przejechać. Jako, że w mej miejscowości wiedzą, że lubię rowery i piwo, kolega zgarnął mnie z ulicy i tak znalazłem się w "gościach", gdzie gospodarz Frason, był w tiszercie Poznań Marathon. Stwierziłem, że przy piwku jest idealna aura do rozmowy i poznawania tajników biegania, od słowa do słowa, Frason stwierdził, że ma coś dla mnie i wrócił z nowiutką parą Asics'ów i kazał mi w nich zacząć biegać. Złoty gość! No i nic, musiałem spiąć dupę i tak właśnie wyszło, że bieganie całkiem nieźle weszło w moje życie.