No tak, założyłem sobie blog i dwa tygodnie ciszy. Siedzenie w domu, rowerowanie do Niemiec, bieganie po Świno i codzienne obietnice, że "jutro coś napiszę do mgr"...
Dwa tygodnie minęły, trochę się działo i niestety znowu Poznań. No ale blog rowerowy, więc tak pokrótce: wczoraj jechałem sobie i stwierdziłem, że jak tylko trochę się ociepli, to w Poznaniu naprawdę będzie miło się jeździło wieczorami. I myślałem tak nawet po przeczytaniu durnego artykułu, w którym pseudo dziennikarz radzi rowerzystom uciekać z drogi dębińskiej, na takim poziomie, jak by miał bronić gwałciciela, że to "ofiara sama sprowokowała" Pana X do popełnienia gwałtu (http://www.codziennypoznan.pl/droga-debinska-kolejny-potracony-rowerzysta,10650,6,akt.html#.UwMbeYWwQ5Z). No ale dziś równowaga, powrót do rzeczywistości i jakieś wyzwiska w moją stronę od kierowcy białego Peugota, a potem szklana butelka po wódzie rzucona mi wprost pod koła roweru z tego samochodu.
Ale, co tam, na razie będzie mało rowerowo, cały czas dużo biegania, dziś 15km w 1:07! Niedługo nadrobię posty o Gruzji i zimowych stupiędziesiątkach Szcz-Świno. A najprawdopodobniej od 2.03 do 9.03 Bieszczady! Najpierw z 4 dni zaznajamiania się z pracą w schronisku a potem kilka dnia łażenia z plecakiem. Jest dobrze!
wtorek, 18 lutego 2014
środa, 5 lutego 2014
Przeszłość: Bałkany 2012.
Najpierw były 3 godziny pociągiem z Wrocławia do Katowic. Potem oczekiwanie na busa pod hotelem, około 3 godzin, w trakcie których piłem kawę z pracowniczego automatu hotelowego, dzięki uprzejmości nocnej zmiany, no i do tego przez jakieś 30 minut miałem towarzystwo żula, który mówił jak to mu źle i go swędzi i na chlanie zbiera. Potem 6 godzin busem do Krosna, a w Krośnie przesiadka do autokaru i podróż do Skopje, jakieś chyba 14 godzin, przez Słowację, Węgry i Serbię.
Przez 3 dni w Skopje jadłem dobre jedzenie, np. w restauracji bez menu ani napisów, wchodzi się i można dostać jedno danie, do picia do wyboru cola, sok, kawa, herbata lub piwo, i ciągle ktoś czekał, aż stolik się zwolni. Do tego, wieczorem w knajpach pełno ludzi przy piwie albo muzułmanie przy herbacie, ale każdy je orzeszki, których skorupki są już posolone, a łupiny rzuca się na ziemie bądź stół!
Niełatwo opuszczało mi się Skopje, ale w końcu wyruszyłem. Po paru dniach zdążyłem się przyzwyczaić do klaksonów kierowców, którzy co chwile trąbili by pomachać, przywitać się czy cokolwiek. Po Macedonii przez dłuższy kawałek poruszałem się płatną autostradą, oczywiście ja nie płaciłem.
Podczas mojej podróży spotkałem wielu dobrych i ciekawych ludzi. W Macedonii spotkałem polaków na motorach, którzy jeszcze tego samego dnia, obudzili się na plaży w Albanii. Po drodze pewnym muzułmanom popsuł się samochód, ale śmiali się i podziękowali za ofertę pomocy i kazali mi jechać dalej, a sami pchali swój samochód. W Albanii w sklepie szukałem kefiru, ale nie znalazłem i jak już miałem odjeżdżać, jeden z klientów wybiegł za mną z jogurtem cytrynowym, który cudem się ostał i mi go podarował. W każdym miejscu w Albanii czy Macedonii, gdy coś kupowałem, zawsze ktoś mi uzupełnił bidon i butelkę wody, raz nawet dostałem bidon wypełniony lodem! Gdy podjeżdżałem pod górę dostałem brzoskwinie od przydrożnego handlarza, a pani ze sklepiku kazała mi się zatrzymać i opłukała mnie wodą ze szlauchu.
Więc ekstra!
Jak pisałem im dalej oddalałem się od dzikości bałkan tym już chyba było gorzej. Po wjeździe do Chorwacji, pomimo ładnych nad adriatyckich miejscowości, czułem się przytłoczony, polowaniem na turystów i polowaniem na turystów. Dwa razy nie wytrzymałem i uciekłem z nad Adriatyku do Zagrzebia autobusem, pomimo nawet tego, że pod Splitem znalazłem camping u Dragana, gdzie spotkałem Polaków, którzy zaproponowali mi obiad, który jak wjechałem, właśnie był gotowy!
Dalej szybko przemknąłem przez Słowenię. To co widziałem, bardzo mi się podobało, kilkukrotnie spotkałem miejscowych rowerzystów, którzy chętnie rozmawiali i życzyli powodzenia.
W Austrii jak to w Austrii, drogo, tam to naszukałem się pola namiotowego. Najpierw, pewna para po pilotowała mnie przez 5 km do wielkiego kompleksu rekreacyjnego, z jeziorem, sceną muzyczną i wielkim polem namiotowym, za 25 euro za namiot! Tak więc szybko stamtąd uciekłem i podjąłem decyzję, że znajdę jakieś miejsce za Graz. Lecz w Graz trafiłem na świetne schronisko młodzieżowe, ze śniadaniem w cenie, a wieczorem grała Polska, Mistrzostwa Europy, nie pamiętam z kim, ale dostali w dupę.
Tak sobie myślę, że znowu ludzie sprawiają, że miło wspominam ten wyjazd. W pociągu pewien Autriak nawiązał rozmowę, skąd jestem dokąd jadę. Przyznał, że był kiedyś na wyspie Uznam i pomógł mi kupić odpowiedni bilet. W Wiedniu wylądowałem w świetnym hostelu Wombat, gdzie poznałem Kanadyjczyka, pochodzącego z Wybrzeża Kości Słoniowej, który tak jak ja podróżował samotnie i chyba potrzebował towarzysza do rozmowy o świecie.
wtorek, 4 lutego 2014
Homecoming.

Kolejny raz Poznań - Świnoujście. O pociągach można pisać wiele, głównie narzekać, spędzić czas w knajpie przy skrzynkach piwa i kartonach wódki, a temat nadal nie będzie dostatecznie wyczerpany. Ale pociągi to chyba jedno z moich ulubionych miejsc do czytania książek. Chyba na boku zacznę recenzować lit. skandynawską!
Dziś przygotowania do magisterki, format kompa i wieczorem piszę o Bałkanach i może o pomysłach rowerowych rozwiązań które mi się podobają, ale najpierw wrócę do biegania!
Subskrybuj:
Posty (Atom)