No tak, na głowie magisterka, poprawka egzaminu, ale wolę chyba napisać o Islandii.
Sam się zastanawiam od czego się wszystko zaczęło, chyba najpierw od Sigur Rós, chyba Greda mi coś o nich powiedziała i pierwszym postanowieniem było zobaczyć ich na żywo w Warszawie. No i stało się, posłuchałem i zakochałem się, do tego doszedł Olafur Arnalds, Jóhann Jóhannson, Hildur Gudnadottir i cała masa innych muzyków. Dalej było czytanie wszystkiego co można było o Islandii, chyba dwa spotkania koła naukowego w Warszawie (gdzie jedliśmy z Adrianem zgniłe mięso rekina..) no i postanowiłem - muszę pojechać na Islandię.
Prawie 3 miesiące zapieprzu u Włocha w Niemczech (najgorsze połączenie) no i zdobyłem kasę na wyprawę marzenie. Od razu uprzedzam, nie byłem tam rowerem, była to zima, marzec 2011. Chyba pierwsza większa wycieczka. Tylko plecak i ja, nie miałem większego planu, z racji tego że była zima, no i różnie to bywa z możliwościami i łaskawością pogody.
Po krótkim pobycie w Keflaviku, pojechałem do Reykjaviku. Couchsurfing dom Rosjanki, dwóch Islandczyków, Niemki i Angielki, na dodatek był gość z USA, była wojna na śnieżki, wspólne gotowanie i jedzenie, rozmowy o wszystkim i niczym przy spontanicznej muzyce a także okazało się że moi gospodarze zajmowali się organizacją Food Not Bombs.
Po Islandii można poruszać się na różne sposoby, samoloty, autobusy, a także istnieje dobrze rozbudowany carpooling, w ten sposób dojechałem do Akureyrii, w pięknych warunkach czyt. totalna biel, na drodze i w powietrzu i co 100m żółte słupki. Poza tym łatwo też złapać stopa, po 7 minutach stania na wyjeździe z miasta złapałem podwózkę na parę kilometrów, potem kolejną, a na koniec nawet patrol policji stwierdził że może mnie podwieźć, dla mojego bezpieczeństwa.
Na Islandii nie mogłem narzekać na nudę, nawet jak wiało i sypało dużo śniegu to można było pójść na basen. Chyba w każdym islandzkim miasteczku jest basen, płacisz za wejście i można siedzieć caaaały dzień, np w wodzie o temperaturze 38 stopni, a na głowie włosy już zamarznięte. Ale za to można narzekać na sztorm! Płynąłem na Vestmannaeyjar przy wietrze 22m/s, bujało jak nigdy, a ktoś ze świetnym poczuciem humoru puścił film o jakiejś misji na Antarktydzie, gdzie wszyscy bohaterowie byli odcięci od świata ze względu na fatalną pogodę, a w ich obozie ktoś mordował ludzi!
Żeby nie było, w końcu to blog rowerowy i nawet ta podróż się z nim wiąże. Pamiętam że na Bus Station w Reykjaviku widziałem rower wyprawowy, obwieszony pomarańczowymi sakwami Ortlieba, sam nie wiem co wtedy pomyślałem. Ale wiem co pomyślałem jak jechaliśmy z czy do Grundarfjordur! Wtedy gdy zobaczyłem tego rowerzystę, zdałem sobie sprawę, że tak też można i chyba wtedy zaświtało mi w głowie, że też tak kiedyś muszę spróbować!









