czwartek, 30 stycznia 2014

Przeszłość: Islandia 2011.

Islandia Akureyri


No tak, na głowie magisterka, poprawka egzaminu, ale wolę chyba napisać o Islandii.
Sam się zastanawiam od czego się wszystko zaczęło, chyba najpierw od Sigur Rós, chyba Greda mi coś o nich powiedziała i pierwszym postanowieniem było zobaczyć ich na żywo w Warszawie. No i stało się, posłuchałem i zakochałem się, do tego doszedł Olafur Arnalds, Jóhann Jóhannson, Hildur Gudnadottir i cała masa innych muzyków. Dalej było czytanie wszystkiego co można było o Islandii, chyba dwa spotkania koła naukowego w Warszawie (gdzie jedliśmy z Adrianem zgniłe mięso rekina..) no i postanowiłem - muszę pojechać na Islandię.
Islandia

Prawie 3 miesiące zapieprzu u Włocha w Niemczech (najgorsze połączenie) no i zdobyłem kasę na wyprawę marzenie. Od razu uprzedzam, nie byłem tam rowerem, była to zima, marzec 2011. Chyba pierwsza większa wycieczka. Tylko plecak i ja, nie miałem większego planu, z racji tego że była zima, no i różnie to bywa z możliwościami i łaskawością pogody.

islandia I tak w wieeeelkim skrócie, przyleciałem późno do Keflaviku, taksówką w której o dziwo można było płacić kartą i to bez potrzeby wklepywania pinu, szybko dojechałem do mojego hosta. Gus, Łotysz przywitał mnie w szlafroku, wskazał pokój, sypialnię i przedstawił współlokatora. Gdy się obudziłem nikogo już nie było, wszyscy w pracy, przez telefon Gus kazał się rozgościć, zrobić śniadanie i kawę, a jak bym chciał to mogę sobie wyjść, bez klucza, drzwi nie trzeba zamykać na klucz, witaj na Islandii.

Po krótkim pobycie w Keflaviku, pojechałem do Reykjaviku. Couchsurfing dom Rosjanki, dwóch Islandczyków, Niemki i Angielki, na dodatek był gość z USA, była wojna na śnieżki, wspólne gotowanie i jedzenie,  rozmowy o wszystkim i niczym przy spontanicznej muzyce a także okazało się że moi gospodarze zajmowali się  organizacją Food Not Bombs.

orphic oxtra islandiaPrzez Couch'a poznałem również Miłosza, świetny gościu, co już chyba cały świat widział, a dzięki jego znajomym miałem zapewniony nocleg w Reykjaviku u Kasi, od której dostałem nawet klucz do mieszkania i załatwiła mi nocleg w Akureyrii. Któregoś dnia Miłosz zadzwonił z propozycja wyjazdu na weekend do Grundarfjordur, na festiwal filmów krótkometrażowych. Mały festiwal, ale atrakcji było wiele, oprócz filmów różnych ludzi z całego świata, był również pokaz filmu z trasy koncertowej JUSTICE po USA, do tego rozmowa z reżyserem, festiwal zupy rybnej i na koniec koncert Orphic Oxtra - Islandczycy w bałkańskim klimacie.

Po Islandii można poruszać się na różne sposoby, samoloty, autobusy, a także istnieje dobrze rozbudowany carpooling, w ten sposób dojechałem do Akureyrii, w pięknych warunkach czyt. totalna biel, na drodze i w powietrzu i co 100m żółte słupki. Poza tym łatwo też złapać stopa, po 7 minutach stania na wyjeździe z miasta złapałem podwózkę na parę kilometrów, potem kolejną, a na koniec nawet patrol policji stwierdził że może mnie podwieźć, dla mojego bezpieczeństwa.

Oczywiście musiałem zaliczyć Golden Circle, czyli gejzery, park Thingvellir i wodospad Gulfoss oraz spędzić dzień na Blue Lagoon, do tego obowiązkowo Hot Dog z budy w której jadł Bill Clinton.

Na Islandii nie mogłem narzekać na nudę, nawet jak wiało i sypało dużo śniegu to można było pójść na basen. Chyba w każdym islandzkim miasteczku jest basen, płacisz za wejście i można siedzieć caaaały dzień, np w wodzie o temperaturze 38 stopni, a na głowie włosy już zamarznięte. Ale za to można narzekać na sztorm! Płynąłem na Vestmannaeyjar przy wietrze 22m/s, bujało jak nigdy, a ktoś ze świetnym poczuciem humoru puścił film o jakiejś misji na Antarktydzie, gdzie wszyscy bohaterowie byli odcięci od świata ze względu na fatalną pogodę, a w ich obozie ktoś mordował ludzi!

Żeby nie było, w końcu to blog rowerowy i nawet ta podróż się z nim wiąże. Pamiętam że na Bus Station w Reykjaviku widziałem rower wyprawowy, obwieszony pomarańczowymi sakwami Ortlieba, sam nie wiem co wtedy pomyślałem. Ale wiem co pomyślałem jak jechaliśmy z czy do Grundarfjordur! Wtedy gdy zobaczyłem tego rowerzystę, zdałem sobie sprawę, że tak też można i chyba wtedy zaświtało mi w głowie, że też tak kiedyś muszę spróbować!
  
Islandia

Więcej i dokładniej chyba nie napiszę, tam po prostu trzeba polecieć i to zobaczyć, taki plan na 2015, powrót znowu na 3 tygodnie, ale tym razem latem!

wtorek, 28 stycznia 2014

Ulubione pytanie wszystkich forumowiczów rowerowych: "Jaki rower i za ile?".

Jak ma to być ciekawy blog wnoszący coś do całej masy różnych różniastych, pomyślałem, że na swoim przykładzie, opowiem o wyborze roweru. Z racji tego, że właśnie co zareklamowałem się wśród znajomych niekoniecznie obeznanych w temacie, to postaram się pisać w miarę zrozumiale, co by większość zrozumiała co to Cro-mo, Brooks itd.

Nikt nie odpowie na to pytanie lepiej niż sama osoba zainteresowana zakupem. Zaczynając przygodę z rowerem nikt nie potrzebuje od razu wyprawówki za tysiące złotych, bo przecież nikt od razu nie wsiada na rower i nie jedzie przez dwa lata do Afryki! No prawie nikt, wyjątkiem jest Emes (Michał Sałaban), ale to inna bajka i to jest WYJĄTEK! (http://north-south.info/pl/blog/)
Najpierw należy się zastanowić, gdzie chcemy jeździć na wycieczki/podróże? Czy interesują nas głównie asfalty i szutry, czy raczej bezdroża, czy wolimy koła 26 czy 28 calowe, czy chcemy mieć pozycję sportową, czy raczej bardziej wyprostowaną.

Decydując się na rower wiedziałem, że chce koła 28", geometria, trochę jak w góralu ale trochę jak w trekkingu, pół na pół a więc cross. Rower był "goły", ze średnią klasą osprzętu, dzięki temu nie był strasznie drogi, ale podobał mi się (no bo rower musi się podobać, żeby chcieć na nim jeździć). Z czasem dokupiłem bagażnik, błotniki, sakwy, wymieniłem siodełko na Brooks'a (takie siodło, robione ze skóry, w starym stylu, co po 200 km dopasowuje się do tyłka http://www.brooksengland.com/) no i kurcze, mam wyprawówkę. Co prawda, na różnych forach ciągną się wątki o wyższości ramy cro-mo (stal) nad aluminium, padają argumenty że daleko hen daleko można taką ramę pospawać u jakiegoś biednego Gruzina (choć mało słyszałem historii ilu osobom naprawdę pękła rama i udało się pospawać tak żeby móc dalej jeździć dookoła świata bez problemu), do tego klasyczna wyprawówka, lepiej żeby miała sztywny wideł niż amora, bo on to ciężki jest i jak się rozpieprzy gdzieś hen daleko u Gruzina to on już nic nie poradzi, bo pewnie nigdy nie widział czegoś takiego. No ale, zastanówcie, się. Kto z Was zakupi pierwszy rower i pojedzie na wyprawę 500 dniową? Oprócz Emesa?
No właśnie, tak więc lepiej nie szastać kasą, tylko kupić coś na czym mamy wygodną pozycję (bo lepiej naprawdę dosiąść różne rowery żeby dowiedzieć się jaka pozycja nas interesuje), ma w miarę przyzwoity osprzęt (to już można doczytać na wielu forach), z tym amorem to też jest chyba lepiej, bo drogi dziurawe, krawężniki wysokie, po szutrze i w lesie nawet po drodze pojeździmy. A z czasem i tak trzeba będzie dokonać pewnych zmian w rowerze, wtedy będzie pogląd czy odpowiada nam osprzęt czy chcemy coś z klasy wyższej, czy brakuje nam chwytu na kierownicy i potrzebujemy rogów, czy przyznamy rację, że z plecakiem to nie zabawa i plecy ciągle mokre, lepiej jednak będzie dokupić bagażnik i wrzucić kosz czy sakwę.

Kurde, czytam co tu napisałem i sam nie wiem czy coś rozjaśniłem w tym temacie..Wybór roweru to nie jest łatwa sprawa, ale trzeba pomyśleć, zastanowić się i nie sugerować się ceną i tylko słuchać co nam poleca sprzedawca!

Weekend w domu.

No tak, ostatni weekend spędziłem w domu, wtedy podjąłem decyzję o założeniu bloga. Pomysł super, na początku chęci też, no i jak zwykle słomiany zapał. Ale udało się, szablon dopracowany, pierwszy post za mną, napisałem nawet coś o sobie i strzeliłem "selfie", żeby to jakoś wyglądało, może i nawet kiedyś dojdzie logo. Może!

Pogoda była idealna na rower, około -12 i dużo słońca (tak zimą można jeździć na rowerze, rower to nie "sezonówka", nie nie zmarzłem, w końcu jak się pedałuje to jest ciepło). Tak więc z 3 razy człowiek pokręcił się po wyspie i porobił parę zdjęć. Nie mówiąc już o tym, że w międzyczasie pojawiło się dużo ciekawych artykułów, ale to może w następnym poście.


Stolpe.
Stolpe.
Wolgastsee.
Wolgastsee.
Okolice Wolgastsee.
Przed Gothen.
Heringsdorf.
Heringsdorf.

niedziela, 26 stycznia 2014

To nie jest zwykły post, to jest pierwszy post.

Kolejny raz, kolejny ciężki początek. Zacząć pisać pracę licencjacką, "zacząć" - zawsze było ciężko, ale "zacząć" pisać pracę magisterską, to już była i jest przesada! No i kolejną rzecz zaczynam. Zaczynam pisać/prowadzić blog. Chyba nie będzie tak ciężko, bo to nie będzie blog poświęcony liczbom, statystykom, przechwałkom, gdzie nie byłem i czego nie zrobiłem. No może trochę, ale to jednak będzie inny Blog, przez duże B! Będzie tu o moich zmaganiach na rowerze, podczas jazdy po mieście, na wycieczki i nawet o podróżach, ale również o ciekawych rozwiązaniach rowerowych w Polsce i na świecie.

A więc początek, trzeba dobrze wypaść, zabłysnąć, więc zacznę "mądrze" i rzucę na dzień dobry jak Claude Levi-Strauss: "Nienawidzę podróży i podróżników. A oto zabieram się do pisania o moich wyprawach."