środa, 4 lutego 2015

Hail Puszcza Bukowa Trekking.

Człowiek zimą zbliża się do zwierząt. Nie chodzi tu o wycieczki do zoo czy przytulanie się do psa. Po prostu - 7-8h snu to mało, jak spać to najlepiej po 10-12h. Ale nie ma co przesadzać i nie wolno zawieszać roweru na kołku, czy ze szmateczką po raz setny polerować blat na lustro. Już nie wspominając o tchórzliwej emigracji na Cypr..Zima jest to jest zimno, białe lepkie gówno, sypie po oczach i to akurat z takim wiatrem, że każdy płatek śniegu wbija się w oczy niczym zardzewiała pinezka..Nie jest to miłe, tym bardziej, pedałując pod górkę mając na dupie wkurwionego Janusza w swojej szpachlowanej BMW. Ale cóż, trzeba zacisnąć zęby, zawsze przecież można się pocieszyć, że te Janusze tracą lata życia pierdząc w fotel i ciesząc się z ogrzewanego fotela, podczas gdy słodko tracą czas stojąc w korku.



Nie ma co, Szczecin to jednak ciekawe miasteczko, wpadasz do kumpla który siedzi w pracy, pijesz z nim herbę i mówisz - Jadę na Bukową, on na to - ekstra, robię sobie 3-4h wolnego i jadę z Tobą.
Dziś padło na Puszczę Bukową. Chwila moment i nagle jesteśmy na jakiejś dzielnicy willowej z domkami willowymi na wyspie Puckiej, cisza spokój, Bar KGB, oczywiście jak w pewnej książce zapisali - w Polsce nie umrzesz, wszędzie sklepy monopolowe. Niestety sielanka szybko przemieniła się w drogę szybkiego ruchu z dziurawym poboczem. No cóż, nie ma co, zawsze mogłoby się rozpadać i jebnąć przymrozkiem, a tak to kierowca ciężarówki nawet machnął w podziękowaniu że nie musiał jebać za nami 20km/h przez kilkaset metrów. No fakt, My pijemy, przeklinamy, ale jednak potrafimy się zachować i przepuścić gościa co to do dziatek i matki wali tym MAN'em do doma.
Zima jest to ciężko jest - 40km to prawdziwa walka, a po górach! Nad morzem? - kurwa Hardkor jakiś. Na dzień dobry, zaśnieżony szlak, w ryj, podejściem, bo nie podjazdem dostaliśmy - w RYJ. No ale co w dwójkę pojechaliśmy, to żaden nie mógł powiedzieć - jebać to wracam - trzeba było się spiąć i podjechać, poprowadzić, podjechać, wyjebać na bok i dalej pchać. A nagroda - kubek ciepłej herby z termosu i kanapka z serem. No dobra, nie tylko, jak się okazało cała ta walka to była tylko prawie chwilkę, potem nagle, kurczę, niezła ścieżka, dobrze zbity śnieg i nawet zjazdy były. Później trochę offroad'u i bach, jesteśmy nagle w Zdrojach.

Szybki powrót do Mordoru upłynął nam przy ostatnich blaskach zimowego słońca i przy pięknej melodii pędzących ciężarówek, i w sumie to micha się cieszyła, małe zwycięstwo, było ciężko, no ale co My nie damy rady?

No tak i jak na zimę przystało, zjadłem ziemniaki i znowu leże w łóżku, nie wiem czy zmęczony czy już chory.

czwartek, 15 stycznia 2015

Sznfixed Hail trekking!

Jak głosi stara prawda: "New year, same shit", dlatego nie będzie podsumowania starego roku i planów na nowy, będą przechwałki. Nowy twór - hail trekking, zaczął grubo nowy rok!


Na pierwszą trasę, wraz z lekko z kacowanym Maćkiem, wybraliśmy trasę naszego germańsko-asfaltowego kultu jeziora Blankensee! Okraszeni zimnym nordyckim wiatrem wraz z bladym aczkolwiek jasnym słońcem, zaatakowaliśmy Dobrą, Buk, Blankensee, Hohenfelde, Linken, Lubieszyn, Mierzynów, Szczecin.

Generalnie  wycieczka, dupy nie urwała, nad jeziorem spiliśmy olbrzymie ilości herbaty, zjedliśmy kanapki i czekoladę, lecz, myśl, że 90% katolickiej polski leży po sylwestrze i sapie dalej niczym karp wyciągnięty z wanny, dawała satysfakcje spełnienia!

Kilka dni później, nie zauważyłem nawet kiedy skończyłem pracę, a kiedy byłem już w siodełku! Tematem przewodnim wypadu, była nowa "zajebista" ścieżka rowerowa z Przecławia do granicy z Germanami, wzdłuż wojewódzkiej 13. Trzeba zaznaczyć, iż mróz był prawdziwie wielki. Już w Przecławiu postanowiliśmy uzupełnić poziom cukru batonami i colą, ponieważ co niektórzy nie wytrzymywali napięcia związanego z brakiem tej "zajebistej" ścieżki. Na szczęście, niebawem, tuż za ostatnimi zabudowaniami, naszym kołom, ukazała się biała ciągła linia, która wyznaczała nam drogę. Okazało się, że ścieżka jest kurwa "zajebista" równie jak mocny wiatr w pysk. Niestety, tuż za Rosówkiem, przed stacją Lotos, droga się urwała. Dlategóż, postanowiliśmy poprawić sobie nastrój racząc się germańskim asfaltem oraz wspaniałym powietrzem w Rosow. Prawdopodobnie, postawiliśmy w stan gotowości całą lokalną społeczność, ponieważ nie bacząc, na chusty i kaptury na mordach, postanowiliśmy uraczyć się pięknem germańskiej świątyni. Jak wspominałem, pogoda była słuszna, iście nordycka, dlatego nie długo zakłócaliśmy spokój tej pięknej mieściny i z towarzystwem w oknach każdej napotkanej gospody, obraliśmy za cel stację paliw Lotos. Zaprawdę powiadam Wam, nie ma niczego lepszego na tym skutym przymrozkiem i ciemnościami świecie, niż gorąca herbata, nawet na stacji Lotos. Ba! Nawet obsługa nie omieszkała zagadać z takimi śmiałkami, jeżdżącymi przecież w każdych warunkach, co nie. Zostaliśmy naprawdę docenieni i wydaje mi się, że pracownikom, zależało abyśmy nadal kultywowali nasze wojaże, ponieważ postanowili wyposażyć nas w dodatkowe odblaski, co by się nam krzywda nie stała na tym niebezpiecznym świecie!

 O powrocie nie ma co dalej pisać, wylądowaliśmy w stojakach, ja zjadłem bułkę z frytkami, Maciej nie wytrzymał napięcia które ciągle stwarzał Tymon i poszedł zrobić kupę, a Tymon pojechał do domu.


Wczoraj postawiłem sobie za cel, wstać skoro świt i ruszyć gdzieś daleko. Oczywiście za cel obrałem sobie mieścinę germańską - Gartz (Oder)! Tak więc 12 ruszyłem na południe Szczecinia i w samotności parłem najpierw na wiochy potem nad Odrę. Okazało się, że te rejony, pomimo że tfu. polskie wiochy, mają iście germański charakter (kurwa chyba nadużywam tego przymiotnika!).

Okolice do samej granicy są naprawdę bardzo przyjemne, Nawet offroad zaliczyłem i to ciężki, ale śmiało mogę stwierdzić, że droga do Gartz, przez Kurów, Siadło Dolne, Moczyły, Pargowo, Mescherin to będzie jedna z moich ulubionych tras.



  

Są tu świetne drogi asfaltowe, ścieżki leśne mocno ubite, drogi polne - również przejezdne no i oznakowanie bardzo czytelne! W Gartz, zastanowiłem się po co tam w ogóle pojechałem. Konsumując kanapki, banany, batony, popijając herbatą, niestety nie doszedłem do żadnego konkretnego wniosku. Dlatego postanowiłem, zaprzestać zawracania sobie głowy filozoficznymi rozmyślaniami nad sensem życia. Ubrałem kolejne warstwy odzieży chroniącej przed wyziębieniem i na powrót obrałem tę samą trasę! (A mało kto wie, ja naprawdę nie lubię jeździć tę samą drogą w dwie strony, dlatego należy bić pokłony tej trasie, muszę pogadać z wiceprezesem Maćkiem, czy czasem nie uznać tej trasy za nowy kult i bóstwo!).

Kontemplując piękno otaczających pól i po germańskich ruin, doszedłem do wniosku, że sens takiego dnia można dostrzec jedynie racząc się zimnym trunkiem w towarzystwie znanych mord. Po lekkim ogarnięciu jakże ubłoconego ciała, udałem się do karczmy Stojaki gdzie zakończyłem kolejny piękny pogański dzień!

http://www.gpsies.com/map.do?fileId=mukimpkycgqoniia

Hail trekking!

czwartek, 20 listopada 2014

Nowy rekord w godzinnej jeździe torowej w czasie poniżej godziny!


"Wielu kolarzy ma jedną nogę silniejszą niż drugą. Jens każdą z nóg ma silniejszą od drugiej"

http://cdn.velonews.competitor.com/files/2014/09/52.jpg

We wrześniu miało miejsce wielkie wydarzenie w świecie kolarskim. Po kilkuletniej przerwie, pojawił się śmiałek gotowy pobić rekord godzinnej jazdy torowej. Jest to jedna z najstarszych myśli dotycząca przekraczania granic wytrzymałości ludzkiego organizmu. W wydaniu kolarskim, charakteryzuje się ona ustanowieniem najszybszego czasu mierzonego przez okrągłą godzinę, na równie okrągłym, a może i jajowatym torze kolarskim. W tym roku mieliśmy szanse zobaczyć ją w wykonaniu śmiałka wywodzącego się z germańskiej krainy – Jensa Voigta!

Jens to nie byle jaki kolarz, już w 1994 r. jeszcze jako amator - wygrał wyścig pokoju.  Ponadto na swoim koncie ma: trzykrotne zwycięstwo w  Critérium International, etapową wygraną w Tour de France, zwycięstwo w jubileuszowym 65 Tour de Pologne, a także wygraną w plebiscycie na najlepszego niemieckiego sportowca roku 2005! Szukając informacji o tym jakże utalentowanym kolarzu natknąłem się na taki info: Podobno ludzie noszą piżamy z Supermanem, Superman piżamę z Chuckiem Norrisem a Chuck Norris z Jensem Voigtem. Coś w tym jest, ponieważ do jego najważniejszych zadań należało nadawanie tempa, gonienie ucieczek, czy choćby ochrona lidera przed wiatrem, a z „usług” Jensa korzystało wielu utalentowanych kolarzu, choćby Ullrich podczas Igrzysk Olimpijskich w Sydney.

Wszystkie znaki na niebie i w fusach od herbaty wskazywały na to, że człowiek potężniejszy od samego Chuck’a Norris’a pobije rekord na szwajcarskiej arenie Grenchen. UCI zezwoliła na użycie maszyny produkcji U S A marki Trek, wraz z pełnymi kołami, specjalnej nowoczesnej aerodynamicznej ramie, a także aerodynamicznej wersji lemondki.

Z takimi nazwiskami, znanymi w szczecińskim, a nawet polskim świecie rowerowym jak Dariusz Szatkowski (Prezes Sznfixed) oraz Maciek Eiding (Prezes Gruby Kolarz) udaliśmy się do jakże prestiżowego szczecińskiego lokalu Seta i Galareta, który podjął się we współpracy z satelitami NASA, organizacji relacji „na żywo”. Frekwencja była ogromna. Piwo rewelacyjnie zimne, ekran wielkości 32”, aż nadto wielki dla naszej trójki przy vipowskim stoliku tuż przed samym ekranem (na którym, zmieściło się chyba z 8 kufli od piwa). Emocjonujący wyścig z czasem i przeciwnościami losu, głośno komentowany w oparach dymu papierosowego, zresztą nie przez małą ilość ludzi w ogródku piwnym wcześniej wspomnianego lokalu, śledziliśmy od pierwszego okrążenia do ostatniego tylko MY. Kurwa serio, nie wiem, co z tymi ludźmi nie tak?  Ale wydaje mi się, że chyba nie skumali że tor jest okrągły a Jens spierdala w pocie czoła, pleców i dupy przed nie ubłagalnie cykającą wskazówką sekundnika. 

Stało się jak się miało stać (no bo co mogło by wyniknąć innego jak posadzili człowieka większego od Chucka na rowerze zupełnie nie przypominającym maszyn z ery Merckx’a) – Jens wykręcił 51,155km! Istniały pewne obawy, że Voigt ustanowi rekord jazdy godzinnej w czasie krótszym niż godzina, lecz widać był dla nas łaskawy. W przypływie euforii, godnie uczciliśmy sukces Jens’a i skończyło się to małym oktoberfest’em w Stojakach.

Niestety pewien bliżej nieznany nikomu pastuch, rodem prosto z Austrii, wykorzystał łaskawość naszego bohatera i rzucił się na bicie rekordu. 30 października tego roku, pokonał Voigt’a o 737m. Był to występek na tyle żenujący, że nikt z tego doborowego towarzystwa, nie miał ochoty ani czasu, aby poświęcić 60 drogocennych minut oraz wielu setek kolejnych na świętowanie tego podłego czynu, a więc nie ma o czym dalej pisać! 

Chwała JENS!

środa, 19 listopada 2014

New experience.


Jak w kolanie dzieją się złe rzeczy i człowiek nie może biegać, a przy dłuższej jeździe na rowerze, moment kiedy wróci do biegania znowu się oddala, to sobie przypomina, że gdzieś tam w internetowym świecie założył sobie bloga - internetowy pamiętnik, czy internetowe lustro do którego może sobie poklikać.


Było dużo biegania, za mną 3 starty  i całkiem niezły wynik na 10km - powtórzę na trzeźwo dzięki Frason*! ( o ile to czytasz) Ale żeby nie było, moje życie rowerowe nadal jest na wysokim poziomie, w domu 3 rowery, praca niby kawiarnia, ale w niej ciągle sprawy około-rowerowe i najbardziej rowerowe - chlanie i imprezy! 



Poza tym, w Szczecinie, tym smutnym szarym, industrialnym mieście, które pewnemu rudzielcowi skojarzyło się z Mordorem (dzięki Maciej za opowieść) - mam bliziutko do Niemców i już czekam na zimę i śnieg i minusy, co to by znowu dać upust moim sadomasochistycznym upodobaniom i znowu pojechać se 150km do Świno.



Mógłbym pisać więcej, ale kogo tam interesują pijackie czy trzeźwe wyczyny, muszę spiąć dupę i pojeździć więcej, btw. muszę nawet skończyć mgr. ale chuj tam, notka ta jest po to żeby reszta świata dowiedziała się, że moje wyspiarskie ego dobrze czuje się w rowerowym i zielonym Szczecinie. Sorry Poznań.

Elo.

P.S. Niedługo naskrobię sprawozdanie z emocjonującego śledzenia bicia rekordu Jensa Voigta!
P.S2. Tak przeglądałem zdjęcia, które chciałem zamieścić do tego postu i postanowiłem polizać dupę, w szcz, jest świetna ekipa rowerowa z którą oprócz tego chlania i robienia im kanapek w mojej pracy, można zawsze pośmigać, do krwi czy nawet pęknięcia obręczy a co!



* Z tym się wiąże całkiem śmieszna opowieść o moim bieganiu. Tak w skrócie, kiedyś u Frasona nocowali jacyś rowerzyści, co to wybrzeżem chcieli sobie przejechać. Jako, że w mej miejscowości wiedzą, że lubię rowery i piwo, kolega zgarnął mnie z ulicy i tak znalazłem się w "gościach", gdzie gospodarz Frason, był w tiszercie Poznań Marathon. Stwierziłem, że przy piwku jest idealna aura do rozmowy i poznawania tajników biegania, od słowa do słowa, Frason stwierdził, że ma coś dla mnie i wrócił z nowiutką parą Asics'ów i kazał mi w nich zacząć biegać. Złoty gość! No i nic, musiałem spiąć dupę i tak właśnie wyszło, że bieganie całkiem nieźle weszło w moje życie.

piątek, 29 sierpnia 2014

Changes!


Wakacje mijają, fama się kończy. Dużo biegania, wciąż rower. A od września zmiany, Szczecin, więcej biegania i pierwsze zawody!

Tyle, koniec.

sobota, 28 czerwca 2014

News news news!

Człowiek jak zwykle musi spaść na dupę, a dosłownie na udo, żeby wreszcie coś ruszyć i napisać! No tak, nie ma to jak się wyjebać na mokrych szynach, jadąc na łysych oponach.. Ale nie o tym TU!



Jak to się mówi, "życie weryfikuje wszystko" i tak oto postanowiłem dość szybko bo jeszcze w maju, wrócić z Bieszczad, z takich a nie innych różnych powodów, no i chyba nie żałuje, bo wszystko szybko zapieprza! Planów jak zwykle w dużej głowie, aż za dużo, więc trzeba uważać. Dotychczas był Krk, świetny weekend, świetni ludzie, świetne dziary.



 W międzyczasie była wyspa, chillowe życie w domu, spanie do 12:00, czytanie książki na plaży i długie wybieganie na dystansie półmaratonu i chce więcej, może za tydzień.



Jest zajawka i może będzie jeszcze większa wkręta. Ale nie ma co planować! Jedno co pewne, to że do połowy sierpnia Posen, potem być może zmywakowy za barem w super ekstra lokalu nocnym i we wrześniu będzie trzeba pomyśleć co dalej! Run Forest run!



niedziela, 27 kwietnia 2014

Happy kandyzowany Papa Day!

Podczas gdy w Watykanie kandyzują papieża na smak kremówki, życie w schronisku płynie sobie swoim własnym życiem, normalne roboty, sprzątanie pokoi + perfekcyjne układanie koców, mycie podłóg, 2h przerwy z pysznymi naleśnikami z jagodami na obiad, dalej - wymiana kół w Landroverze no i mieszanie szamba w zbiorniku, co by łatwiej oczyszczalnia mogła sobie pobrać.."płyn". Czyli lajtowy dzień, a że nawet szybko się uwinąłem z łazienkami, szybko se poleciałem biegiem na zachód słońca na Rawkach.




Za dużo się nie nabiegałem, jakieś 6,5km pod górkę więcej wchodzenia, na górze to co chwila przerwa, bo pierwszy raz biegałem w takim miejscu. W nagrodę na kolację pechowa 13 pierogów z kapustą i grzybami zjedzone na świeżym powietrzu. Lubię to!

Poniżej link do trasy.