
Tak się zastanawiam, jak to było z tymi Bałkanami, skąd mi się to wzięło. Było zainteresowanie muzyką Bregovica i filmem Kusturicy. We Wrocławiu poznałem Davida, który po ukończeniu studiów i zrobieniu uprawnień pilota wycieczek, wrócił do domu i jest teraz przewodnikiem w Skopje! A więc znalazłem autobus z Polski i skorzystałem z zaproszenia do Macedonii.
Najpierw były 3 godziny pociągiem z Wrocławia do Katowic. Potem oczekiwanie na busa pod hotelem, około 3 godzin, w trakcie których piłem kawę z pracowniczego automatu hotelowego, dzięki uprzejmości nocnej zmiany, no i do tego przez jakieś 30 minut miałem towarzystwo żula, który mówił jak to mu źle i go swędzi i na chlanie zbiera. Potem 6 godzin busem do Krosna, a w Krośnie przesiadka do autokaru i podróż do Skopje, jakieś chyba 14 godzin, przez Słowację, Węgry i Serbię.

Samo Skopje, zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie, w ogóle miałem wrażenie, że im bardziej oddalam się od początku mojej wycieczki tym jest gorzej i chyba mniej więcej tak było, ale po kolei.
Przez 3 dni w Skopje jadłem dobre jedzenie, np. w restauracji bez menu ani napisów, wchodzi się i można dostać jedno danie, do picia do wyboru cola, sok, kawa, herbata lub piwo, i ciągle ktoś czekał, aż stolik się zwolni. Do tego, wieczorem w knajpach pełno ludzi przy piwie albo muzułmanie przy herbacie, ale każdy je orzeszki, których skorupki są już posolone, a łupiny rzuca się na ziemie bądź stół!

Zaliczyłem Kanion Matka, gdzie przewodnik który prowadził łódź, miał pracę marzenie i na pewno nie musiał kończyć pięcioletnich studiów by móc codziennie opowiadać historię turystom ze skrętem w gębie. A był całkiem dobry, najpierw opowiadał bo macedońsku, a na koniec starał się w skrócie opowiedzieć coś mi po angielsku. Do tego miałem szczęście, na koniec pobytu załapałem się na festiwal ulicznej sztuki cyrkowej! Jak ktoś kiedyś będzie się wybierał to polecam świetny
HiSkopje hostel i kontakt z
Davidem napewno pomoże lub oprowadzi po mieście.
Niełatwo opuszczało mi się Skopje, ale w końcu wyruszyłem. Po paru dniach zdążyłem się przyzwyczaić do klaksonów kierowców, którzy co chwile trąbili by pomachać, przywitać się czy cokolwiek. Po Macedonii przez dłuższy kawałek poruszałem się płatną autostradą, oczywiście ja nie płaciłem.

Po drodze spotykałem jaszczurki, żółwie (jeden przechodził przez szerokość ulicy więc czekałem żeby w spokoju przeszedł i żebym mógł w razie czego zatrzymać samochód, co by go nie przejechał nikt), nie obyło się również bez bezpańskich psów, które na szczęście po moich dziwnych krzykach rzucie kamieniem o glebę dały mi spokój.
Podczas mojej podróży spotkałem wielu dobrych i ciekawych ludzi. W Macedonii spotkałem polaków na motorach, którzy jeszcze tego samego dnia, obudzili się na plaży w Albanii. Po drodze pewnym muzułmanom popsuł się samochód, ale śmiali się i podziękowali za ofertę pomocy i kazali mi jechać dalej, a sami pchali swój samochód. W Albanii w sklepie szukałem kefiru, ale nie znalazłem i jak już miałem odjeżdżać, jeden z klientów wybiegł za mną z jogurtem cytrynowym, który cudem się ostał i mi go podarował. W każdym miejscu w Albanii czy Macedonii, gdy coś kupowałem, zawsze ktoś mi uzupełnił bidon i butelkę wody, raz nawet dostałem bidon wypełniony lodem! Gdy podjeżdżałem pod górę dostałem brzoskwinie od przydrożnego handlarza, a pani ze sklepiku kazała mi się zatrzymać i opłukała mnie wodą ze szlauchu.

Oczywiście przez całą trasę z Macedonii do Austrii spotykałem wielu rowerzystów Amerykanów, Anglików, Szwajcarów, Włocha, Austriaków i wszyscy jechali w przeciwnym kierunku, do Grecji.

Jak tak myślę, to najciekawsze wspomnienia i przygody miałem podczas poszukiwania noclegu. O pozwolenie na pierwsze rozbicie namiotu, pytałem jakiegoś nocnego struża, który pilnował terenu firmy budowlanej położonej nad rzeką, jeden ciągle kiwał na tak, drugi na nie, aż pierwszy machnął na niego ręką i pokazał gdzie mam się rozbić.

Najciekawszy nocleg zdarzył mi się zaraz po przekroczeniu granicy w Czarnogórze. Było już dość późno, cały dzień dość długo pedałowałem i szukałem miejsca, lecz wszędzie były pola i zabudowania. Pytałem miejscowych, ale kazali podjechać na stację, no i po zapytaniu dwóch śmiesznych pracowników gdzie w okolicy jest jakieś miejsce na namiot wskazali trawnik pod samą stacją. Było świetnie, porządna toaleta, mycie się w zlewie, gniazdko do podładowania baterii, zimna cola w lodówce, no i nie było problemu z gotowaniem jedzenia na kuchence.
Więc ekstra!
Jak pisałem im dalej oddalałem się od dzikości bałkan tym już chyba było gorzej. Po wjeździe do Chorwacji, pomimo ładnych nad adriatyckich miejscowości, czułem się przytłoczony, polowaniem na turystów i polowaniem na turystów. Dwa razy nie wytrzymałem i uciekłem z nad Adriatyku do Zagrzebia autobusem, pomimo nawet tego, że pod Splitem znalazłem camping u Dragana, gdzie spotkałem Polaków, którzy zaproponowali mi obiad, który jak wjechałem, właśnie był gotowy!

Muszę przyznać, że przez natłok turystów i duży ruch samochodowy, Chorwacja sprawiła, że odechciało mi się jechać, do tego musiałem uciec z Zagrzebia, żeby znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Niestety kolejny raz duża ilość zabudowań, do tego konkurs wędkarski z zakazem biwakowania wokoło jezior, uniemożliwiały mi znalezienie noclegu. Wiarę w Chorwację pomógł mi odzyskać pewien człowiek, który przejął się moim losem i obdzwonił znajomych żeby znaleźć mi nocleg. Po paru minutach miałem załatwiony pokój, z podwójnym łóżkiem, tv, łazienką z prysznicem. Do tego dostałem pakunek z jedzeniem od jego żony, no i musiałem wypić z nim dwa piwa, podczas których wyjaśnił mi, że kiedyś też był za granicą, w obcym miejscu i wtedy pomogli mu miejscowi, bez nich nie dojechałby na mecz, na który dostał bilet od siostry w prezencie. Było bardzo miło, ogólnie czuli dla mnie szacunek dlatego, że jestem Polakiem, jak Papież, więc wolałem nie niszczyć tego dobrego nastroju mówiąc, że ja tam za nim nie przepadałem..

Dalej szybko przemknąłem przez Słowenię. To co widziałem, bardzo mi się podobało, kilkukrotnie spotkałem miejscowych rowerzystów, którzy chętnie rozmawiali i życzyli powodzenia.
W Austrii jak to w Austrii, drogo, tam to naszukałem się pola namiotowego. Najpierw, pewna para po pilotowała mnie przez 5 km do wielkiego kompleksu rekreacyjnego, z jeziorem, sceną muzyczną i wielkim polem namiotowym, za 25 euro za namiot! Tak więc szybko stamtąd uciekłem i podjąłem decyzję, że znajdę jakieś miejsce za Graz. Lecz w Graz trafiłem na świetne schronisko młodzieżowe, ze śniadaniem w cenie, a wieczorem grała Polska, Mistrzostwa Europy, nie pamiętam z kim, ale dostali w dupę.

Ostatniego dnia, podjąłem decyzję, że w jeden dzień dojadę do Wiednia, prognozy nie zapowiadały się dobrze. Ogólnie czuć było ochłodzenie, Austria, to nie to samo co gorąc z nad Adriatyku, jechało mi się całkiem nieźle, myślałem o tym żeby tylko podjechać do przełęczy, a potem miało być z górki. Niestety, to co miało być miłe, czyli duży zjazd z prędkością 50 km/h okazało się czymś najgorszym podczas całej podróży. Deszcz i chłód o wiatru przy takiej prędkości sprawiły, że ostatnie 50 km z górki wolałem podjechać pociągiem.
Tak sobie myślę, że znowu ludzie sprawiają, że miło wspominam ten wyjazd. W pociągu pewien Autriak nawiązał rozmowę, skąd jestem dokąd jadę. Przyznał, że był kiedyś na wyspie Uznam i pomógł mi kupić odpowiedni bilet. W Wiedniu wylądowałem w świetnym hostelu Wombat, gdzie poznałem Kanadyjczyka, pochodzącego z Wybrzeża Kości Słoniowej, który tak jak ja podróżował samotnie i chyba potrzebował towarzysza do rozmowy o świecie.
"a wieczorem grała Polska, Mistrzostwa Europy, nie pamiętam z kim, ale dostali w dupę."
OdpowiedzUsuńTo chyba oczywiste ze jak grala to dostala. Maslo maslane.
Jedyny suaby punkt opisu :)